wyszukanie zaawansowane

Multimedia

Sonda

Wasza strefa Fit!

Dołącz do nas

Dodaj Galerię |Tekst

Sonda

Eden

Na rozstaju dróg

Shutterstock/Eden/
25.07.2012

Planowane i spontaniczne. Spodziewane i te z zaskoczenia. Uwalniające i wiążące. Rujnujące i budujące. Rozpraszające i skupiające. Rozstania z przeszłością.

Jeżeli kocham to, co robię, wszystko jest w porządku, lecz jeśli nie, nigdy nie jest za późno, żeby to zmienić.
Paulo Coelho

Rozstania, zmiany w każdym ich wymiarze, wpisane są w nasze życie tak samo, jak przyjście na ten świat i odejście z niego. Brzmi poważnie, bo i same rozstania niosą ze sobą poważne konsekwencje. Dobre, złe, nieokreślone lub owocujące dopiero po długim czasie. Albo późno uświadomione. Wymagają odwagi, nawet jeżeli dzieją się poza naszą wolą. Odwagi spojrzenia nowej rzeczywistości w oczy. Bez niej nie ma mowy o kroku w przyszłość. Ani szansy na poczucie sprawczej siły nas samych.

Nie na zawsze
Patrycję  poznałam na warsztatach z asertywności. Ciepła, wesoła dziewczyna. Nie miała więcej niż 25 lat. Pucołowata twarz i urocze zmarszczki mimiczne wokół oczu. Te były stalowo-szare. Z naciskiem na stalowe. Zimne. Nie grały z jej mimiką, radosną gestykulacją, kolorowymi ubiorami. A jednak była niedzisiejszo życzliwa i otwarta. Po jednej z sesji zaprosiła mnie do siebie pokazać projekt domu, który robiła z bratem. Mieszkanko zlokalizowane w Nowej Hucie, zaledwie kilkanaście przystanków od centrum Krakowa, dawało możliwość znalezienia się na łąkach i zarośniętych powojem torach w zaledwie kilka minut.

Szczebiotałyśmy o psach, kolorowych patchworkowych spódnicach. O domach, które ludzie noszą w głowach, sercach. I o niczym. Później na balkonie – smarowanie pokaleczonych trawami nóg, polewanie ich lemoniadą. Bo to pomaga. Tak mówi brat. W jego pokoju rozłożone na desce kreślarskiej płachty papieru, na stoliku rozrzucone niedbale ołówki, pastele. Na parapecie płomień świecy tańczy od wślizgującego się wiatru. Nasza relacja staje się naprawdę bliska. Moja przyjaciółka pomaga mi wyjechać za granicę. Pisze długie maile i listy, opowiada co robili z bratem, że jedli szpinak, fasolkę. Cieszy się z mojego powrotu. Kolejnego sierpnia idziemy tymi samymi torami. Krócej, niż wtedy, gdy pomogła nam na balkonie lemoniada, którą rekomendował brat.

– Popatrz, jak oni tak mogą?! – Jacy oni? Co mogą? – pytam nie wiedząc zupełnie o co chodzi. Patrycja robi z dłoni daszek choć nie ma silnego słońca. – No ta budowa! Jak mogą to robić?! My tu z bratem przychodzimy wyobrażać sobie domy. – No to wasza wizja właśnie się realizuje… – ryzykuję żart. Patrycja nie patrząc na mnie cedzi słowa przez zęby: – Nie mów tak, to ważne. Oni nie mają prawa. Nie rozumiem Patrycji.

Boję się cokolwiek więcej powiedzieć. Opowiadam o sytuacji naszej wspólnej znajomej. – Ona nie umie się z tym pogodzić… – odpowiada. – Ale z czym? Czy to ich utracona działka, czy jakiś szczególny sentyment…? – dziwię się nadal. – Nic ci nie mówiła… – kontynuuje ze zwątpieniem moja rozmówczyni. – Nie – mówię, nadal nie rozumiejąc o co chodzi. – Albert nie żyje od trzech lat. – Kto to jest Albert? – pytam. – Jej brat. Wiem, jesteś zaskoczona. Ja też byłam. Umarł po roku męczarni. Nowotwór jąder. Rodzice zginęli w wypadku, kiedy Patrycja miała 14 lat. Albert ją wychowywał. Do dziś nie powiedziała ani razu słowa: śmierć. Uważa, że dzięki temu, że w domu jest wszystko jak dawniej, on nadal żyje. Nawet telefony do niego odbiera i mówi, że… teraz go nie ma.

Ruiny marzeń
Aneta i Szymon podpisali właśnie umowę przedwstępną. Będą mieli wymarzony dom. Kredyt będzie za 2-3 tygodnie. Zapożyczyli się u całej rodziny na ten zadatek. Przecież to już tylko formalność – mówią zgodnie. Teraz wpadną w wir urządzania, bo sprzedający już dał im klucze. – Przecież została tylko formalność – potwierdził właściciel. Nie. Sprzedający – brzmi lepiej. Szymon chciał czuć, że to oni już są właścicielami.

Marzyli o małym domku od kiedy się poznali. To już 18 lat, jak są razem. 15 małżeństwa. Miały być dzieci, pies i kot. Byli przeciwni In vitro. Z zasady. – Człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi. Nie, żeby obwiniał Anetę, że nie mają dzieci, ale ma żal, że chciała, żeby poszedł na badania. – Przecież to absurd! Jego dwaj bracia mają po dwoje dzieci!  Mieszkano, w którym Aneta i Szymon zamieszkali kilka lat temu było przytulne, ale coś w nim było nie tak. Po prostu mieli pecha, to już drugie takie lokum. Niby wszystko grało, ale z czasem przestawało się układać. Dom to co innego. Tu wszystko zbudują od nowa. Wyburzą ściany, postawią nowe. Zedrą tynki, wszystko będzie inne. Żadnej złej przeszłości. Żadnych kłótni, obwiniania. Czy święcili tamte mieszkania?  Że zła energia tam była? Święcili i nawet, choć Szymon był przeciwny, jakiś specjalista od feng shui przyszedł i kazał stosować remedia. Winna była podobno belka pod łóżkiem i filar w saloniku. Pozbyli się belki, filar obłożyli lusterkami. Dzieci jak nie było, tak nie ma.

Aneta nie chciała się wyprowadzać. Ciągle dopominała się o te Szymonowe badania… W tym domu będzie dobrze. Wszystko się ułoży. Lekarz Anety mówi, że robi się późno na dzieci. Że szanse maleją. Bzdura! Nie są jeszcze starzy. W tym domu wszystko się ułoży.  – Przykro mi, państwo nie mają wystarczającej zdolności kredytowej. Musimy odmówić państwu kredytu na tę nieruchomość. – Szymon! Szymon! Słyszysz mnie?! Nie martw się, pójdziemy do innego banku. Albo odbierzemy zadatek i kupimy mieszkanie. Świat się nie zawalił. – Nie ma mowy! To nasz dom! Nikomu go nie oddam! Tu wychowamy nasze dzieci…

Namiot wspomnień
– Proszę wziąć na ten czas urlop. Tu już naprawdę nie ma w tej chwili nic do roboty Pani Ireno… 
– To niemożliwe. Będę przychodzić do końca – myśli Irena. Pamięta pierwszy zespół. Siedem kobiet i pięciu mężczyzn. Pamięta imiona. Ich własne i ich dzieci. Nie spotykali się poza pracą, a jednak razem rodzili, kupowali samochody, czytali tę samą gazetę, aż stawała się miękka i rozmyta. Namiot ósemka z tropikiem krążył według zapisów od czerwca do września. Widział Mazury, Bałtyk i Bieszczady. Jechał rumuńskim pociągiem i był w Słonecznym Brzegu.

Pierwsza odeszła Dagmara. Mąż zabrał ją na placówkę. Wrócili po latach, bezmięsni i zafascynowani jogą. Potem odszedł Jan. Zaryzykował. Otworzyli z Zosią sklep, potem kwiaciarnię. Poszło jedno i drugie. Stefan z kolei nie dał rady nałogowi. Widziała go kiedyś gdzieś pod przychodnią, ale nie podeszła. Zbyt wiele lat minęło. Nie umiała pomóc. Po ’98 przyszła grupa młodych. Yuppies. Nowe metody, chcieli zmodernizować cały świat. Zaczęli od firmy. Jej firmy. Czasem tak się czuła, choć wcale nie z chęci posiadania, ale przez zasiedzenie. Była zawsze na bieżąco ze zmianami, więc jej posada księgowej i kadrowej w jednym była dość bezpieczna. Jednak nie była już jedną z nich, a bardziej jedną z… No właśnie? Rozpięta jak naciągnięta płachta moskitiery. Łączyła i dzieliła. Szefostwo z podwładnymi. Dokumenty, pokoje, projekty, ludzi. Czuła się częścią całości, choć ta już nią… dawno nie była. – Panie dyrektorze, ja przyjdę jeszcze na te dwa tygodnie. Jest tyle rzeczy do pozamykania.

W schowku na najstarsze dokumenty na końcu pokoju stał namiot. – Panie dyrektorze, czy mogłabym go zabrać…? – Pani Ireno, ten truposz chyba pamięta Stalina – zaśmiał się jedenasty dyrektor. – Niech pani nie dźwiga, toż to balast! – Pomogę pani zanieść go do auta. Czy ten namiot przedstawia dla pani jakąś wartość…?

Piekło ma swój rozmiar
Danuta odkąd pamięta była pulchna i nie krągła, ale kwadratowa. Stereotypowe babcie, ciocie i sąsiadki pączkowymi poczęstunkami decydowały o jej przyszłości. Bezterminowe zwolnienie z wuefu. Wąskie i stale topniejące grono koleżanek. Zerowa koncentracja. Problemy ze skórą, stawami, kręgosłupem. Jeszcze przed osiemnastką miała problemy z ciśnieniem i zbyt wysokim cukrem. Cholesterol w jej żyłach zdawał się żyć własnym życiem. Na studniówkę nie poszła. Bo i po co. Bis z pogardy otrzymywała w dni powszednie. Mama schudła w sanatorium, jak wycięli jej woreczek. Siostra i brat byli chudzi po ojcu. Wszyscy sprawni, ubranie było kwestią humoru, czasu na poranne prasowanie.

Danuta miała do wyboru trzy worki: czarny, brązowy i biały, którego nigdy nie odważyła się ubrać. Ten dzień miał być tylko jej. Rodzina wyjechała na późne narty. A więc: chipsy, cola, dużo czekolady i film. Bohaterka była szczupła i dawała się wdzięcznie nosić na rękach. Chciało jej się wymiotować od przejedzenia. Mięta załagodziła zgagę. Życzliwa pielęgniarka na uczelni pedagogicznej doradziła zrobienie wszystkich badań i wizytę u dietetyka.

Decyzję za nią podjął lekarz. W żołnierskiej komendzie zalecił leki, ścisłą dietę i stoły amerykańskie: – Niech pani nie próbuje biegać. Stawy stawami, ale ziemia tego nie wytrzyma – śmiał się do lustra poprawiając zaczeskę. Po 23 miesiącach wypełniania poleceń Danuta ważyła 42 kilogramy mniej. Magicznie, bo rozmiar 42 był jej wymarzonym. Nadal zostało jej 15 kilo do zrzucenia. Wzięła dziekankę. Nie wiedziała co dalej. Na drodze pojawił się chłopak. Mądry, do tego po przejściach, z których wymaszerował przez las. 6 kilometrów dziennie pozwoliło mu zapomnieć o tym, jak bardzo nienawidził go ojciec i jak bardzo matka bała się przypomnieć mu, że to jego syn. Zaczęli ze sobą chodzić, a właściwie maszerować. – Wiesz Danusiu, ja najpierw biegałem. Wracałem poraniony przez gęsty las. Potem zacząłem truchtać, aż zwolniłem. Wtedy poczułem za czym gonię i zapragnąłem dojść do tego bez pośpiechu. A ty wiesz już dlaczego chodzisz po tym lesie…?

Spektakl Taneczny „Wdowy”
Wrocławska formacja Niezależna Manufaktura Taneczna przedstawiła w kwietniu premierowo spektakl taneczny „Wdowy” (reżyseria i choreografia: Ewa Staroń). To opowieść o kobietach, które lamentują. Opowieść o kolejnych etapach żałoby, o rozpaczy, niepogodzeniu się ze stratą, przejmującym smutku i rozkwitającej wraz z upływającym czasem nadziei. To spektakl o kobietach, które pomimo swoich bolesnych przeżyć, straty najbliższej osoby podejmują walką o dalszą egzystencję. Jak mówią twórcy spektaklu – żałoba to epizod z życia człowieka. „Fragment drogi, którą przebywamy w czasie naszej egzystencji. Podróż od punktu A do B w określonym czasie, kierunku, przestrzeni, z określoną prędkością. Czerń i biel. Dobro i zło jako doświadczenia w trakcie tej podróży. Intrygujące.”

Warszawa – warsztat: Zmiana - jak zostać sternikiem swojego życia

Warsztat zmiany osobistej oparty o techniki coachingowe. Jeśli chcesz się dowiedzieć: jak kształtować swoje życie, jak efektywnie wprowadzać zmiany i realizować swoje marzenia, jak odkryć czego na prawdę pragniesz, jak ograniczyć niszczące cię nawyki, ten warsztat jest dla ciebie. Warsztat ma pozwolić dookreślić, co dokładnie chcemy zmienić i dlaczego jest to dla nas ważne. Cele: odkrycie własnych zasobów i wyznaczenie celów, wzmocnienie swoich pokładów energii, pozbycie się poczucia bezradności, przygotowanie do wprowadzenia zmiany we własnym życiu, poznanie skutecznych narzędzi  i sposobów wspierających zmiany, których potrzebujemy. Inspiracje: Zen Coaching, Porozumienie bez Przemocy (NVC), Filozofia Kaizen, Praca Katie Byron, NLP. Prowadzący: Magdalena Wegner, Dominika Fieńko-Nawrocja. wyspa-zmian.pl

Tekst: Anna Machnowska

REKOMENDACJA
Ten materiał nie ma jeszcze opinii. Masz okazję by Twój głos pojawił się tutaj jako pierwszy! Nie czekaj - dodaj swoją opinię!

Masz swoje poglądy? Tu jest miejsce, gdzie możesz je swobodnie wyrazić!
Pisz, komentuj i dyskutuj. Pamiętaj o tym, że nie będziemy tolerować niecenzuralnych wypowiedzi i wulgaryzmów. Wymieniaj poglądy a nie obelgi. Zasady Opinii.